Moje perypetie

Moje perypetie

poniedziałek, 11 grudnia 2017

VLOGMAS 2017 1-10

Hej :)

W ostatnim czasie nie ma mnie tu. A to dlatego, że nagrywam codzienne vlogmasy. Jest mi ciężko pogodzić to wszystko. Prowadzić bloga i youtube. Dlatego na razie zaproszę was na przygotowania świąteczne ze mną na YT
 












Jestem ciekawa waszej opinii? :)

piątek, 24 listopada 2017

Anglia #7 Clovelly Village + Westward Ho + Powrót do Polski

Hej :)

Dziś mam dla was ostatni post z Anglii. Będą to nasze ostatnie trzy dni w jednym. Na samym końcu będziecie mogli zobaczyć również ostatni filmik z Anglii. W późniejszych dniach mniej nagrywałam dlatego to będzie takie połączenie z pobytu w Madame Tussauds, Regent's Park, Windsor i Clovelly Village.


Na nasz siódmy dzień mieliśmy zaplanowane wyprawę do Clovelly Village. Przepiękne nadmorskie miasteczko rybackie. Żeby się tam dostać trzeba było zostawić samochód na parkingu przed wjazdem. A właściwie to przed wejściem do miasteczka. Wchodząc tam najpierw trzeba było kupić bilety i przejść przez bramki. Pierwszy raz spotkałam się z czymś takim. To prawdziwe miasteczko, ale z drugiej strony taki jakby skansen. Schodziło się w dół po dróżce. A potem schodach ułożonych z kamieni, które są na plaży. Coś niesamowitego. Naprawdę świetnie to wyglądało.


Byliśmy w chatce rybaka.



Później cały czas schodziliśmy w dół. Po drodze spotykając koty. Ale takie niespotykane w zachowaniu. Leżały sobie na środku uliczki i tylko czekały, żeby je głaskać. Były tak spokojne. Ten pierwszy to wyglądał jak nieżywy. Dopiero jak taka starsza pani do niego podeszła to okazało się, że z niego po prostu taki leniuszek uwielbiający mizianie.


Zeszliśmy na sam dół. Na szczęście był odpływ i cała plaża była odkryta. Nawet łódki po prostu leżały na piasku i kamieniach.


Z mamą stwierdziłyśmy, że idziemy plażą do takich dużych skał w klifach. Szło się ciężko, bo same kamienie od małych po naprawdę duże. Ale dotarłyśmy. Na miejscu okazało się, że za tą dużą skałą, którą widzieliśmy z daleka jest wodospad. Coś świetnego. Po prostu magicznego. Zupełnie się nie spodziewałyśmy takiej niespodzianki. Zrobiłyśmy mnóstwo zdjęć.



Wróciłyśmy do naszej ekipy. Opowiedziałyśmy im co znalazłyśmy. Ja zostałam z wujkiem, Emilem i Roksaną. A tata z mamą, ciocią i Julką jeszcze raz poszli zobaczyć ten wodospad.
Jak już wrócili to zaczęliśmy się zbierać w drogę powrotną. Pod tą górkę z maluchami nie było łatwo dlatego razem z ciocią, dzieciaczkami i Roksaną pojechaliśmy takim specjalnym samochodem. A tata z mamą i wujkiem poszli na piechotę.

Spotkaliśmy się na górze. Pojechaliśmy na domki, bo mieliśmy zabukowane wspinanie ekstremalne. Świetnie było. Chociaż momentami było strasznie. Super było po wspinaniu zjeżdżać na dół na linie.
Jak już wrócilismy ze wspinaczki to się okazało, ze dojechali do nas jeszcze znajomi rodziców.

Ogarnęliśmy się i pojechaliśmy do Westward Ho na obiad. Bo byliśmy mega głodni.
Po jedzeniu mieliśmy iść na plażę, ale strasznie wiało. Ciocia z wujkiem, dzieciakami, Roksaną i znajomymi rodziców poszli na plac zabaw. Mamę jednak interesował pewien budynek, który widziała z oddali poprzedniego dnia. Chciała się do niego przejść. My z tatą stwierdziliśmy, że idziemy z mamą. Mieliśmy super spacer.



Jak już dotarliśmy na miejsce okazało się, że jest to jakiś opuszczony dom z ogrodem nad klifem. Nie wiem dlaczego, ale przypominał mi on trochę Dom Pani Peregrine. Tak mi się po prostu z nim skojarzył mimo iż tak bardzo nie był do niego podobny. Cudne miejsce. Takie z klimatem. Chwilę tam posiedzieliśmy na ławce a później poszliśmy z powrotem.



Wróciliśmy do naszego domku.
Dorośli zostali w domku, a ja zabrałam dzieciaki i poszliśmy się przejść po terenie tego ośrodka.

23.07.2017


Następnego ósmego dnia wróciliśmy do Londynu. Już w sumie nigdzie nie jeździliśmy. Jedynie jeszcze z ciocią pojechałyśmy do Starbucks kupić kubki dla nas i dla babci. 
Popołudnie spędziliśmy w domu odpoczywając. Pakując się, bo następnego dnia rano wylatywaliśmy do Polski. 

24.07.2017


 Dziewiątego, ostatniego dnia pobudkę mieliśmy około 5:00. Masakra tak wcześnie wstawać. Półprzytomna byłam. No, ale jakoś to przeżyłam. Lot mieliśmy o czasie. Super, bo nie musieliśmy długo czekać. Tym razem podróż minęła mi ok. Nie zatykało mi tak uszu jak poprzedniego lotu. W ogóle jakoś tak krócej lecieliśmy. 

Będąc już w Warszawie planowaliśmy jeszcze małe zwiedzanie. Niestety pogoda nam te plany popsuła, bo lał deszcz. Więc bez sensu byłoby jechać do centrum i chodzić w deszczu. 
Wracając do domu zahaczyliśmy jeszcze o Płock. Pojechaliśmy do naszej ulubionej restauracji na obiad. 

25.07.2017


Z całego wyjazdu jestem bardzo zadowolona mimo, że nie było idealnie. Nie wypalił najważniejszy punkt programu czyli Harry Potter. Zwyczajnie nie było biletów jak my już tam byliśmy. Nie macie pojęcia jak byłam wkurzona z tego powodu. No, ale nic na to nie poradzę. Może innym razem się uda. 

Zapraszam na obiecany filmik :)